Pewna blogerka na S24 wdraża swój patent. Po opublikowaniu notki odczekuje i publikuje nową notkę pod tym samym tytułem. Nie powiela w niej treści poprzedniej, tylko informuje, że zaraz zostanie skasowana (notka, nie blogerka), żeby pod nią nie publikować komentarzy, co czytać i gdzie komentarze publikować należy.
Wspominam o tym dla porządku. Jak to ktoś kiedyś zauważył, prawo własności jest święte, uświęcane i wyświęcane. Każde. Bez różnicy, czego dotyczy. Dobra materialnego czy niematerialnego. Np. patentu pewnej blogerki S24.
Niniejsza notka nie jest skopiowaniem patentu pewnej blogerki na żywca, na zasadzie małpiego naśladownictwa. Notka nie zostanie skasowana. A nawet jeżeli, to nie przeze mnie. Nikogo nie zniechęcam do publikowania komentarzy. Ani pod tą notką, ani pod którąkolwiek inną. Mam nadzieję, że to, co w notce umieściłem, Czytelnik raczy uznać za treść. Wspólne jest tylko nawiązanie do notki poprzedniej (Agentura wpływu sabotuje nasze dyskusje, 20-05-30, 20:55:12).
Od publikacji problem nie tylko, że nie zniknął, ale przeciwnie, jeszcze się nasilił. W tej notce zostanie przedstawiony przegląd opinii różnych autorów na ten temat. Przegląd będzie przebiegał od współczesności w przeszłość. Pod prąd czasu.
Zagadnienie bardzo dobrze, wręcz modelowo przedstawił Marek Koterski w Dniu świra (Polska 2002).
Ten fragment filmu opublikowałem już w komentarzu w blogu Pana Niewolnika.
Nb. notka Pana Niewolnika też dotyczy tematu.
Światowej sławy pedofil, niejaki Roman P. w scenie srania przed drzwiami z filmu Lokator (1976) proroczo przewidział zasadę funkcjonowania agentury wpływu na forach internetowych. Niestety nie udało mi się znaleźć publikacji tego fragmentu w Internecie.
I tak oto doszliśmy do momentu najodpowiedniejszego do zadania pytania, skąd biorą się agenci wpływu trollujący na forach internetowych?
Tadeusz Żeleński (ksywka, Boy) opisał scenę z życia krakowskiej bohemy. Podczas pewnej popijawy u Przybyszewskiego wszyscy byli już mocno podcięci. Przybyszewski pijany w sztok bardzo pięknie grał na pianinie. Obok pianina na podłodze siedział jakiś inny artysta nie mniej pijany od Przybyszewskiego. Miarowo walił głową w ścianę smętnie przy tym zawodząc, Boże! Boże! Dałeś mi talent, ale mały!! Żeleński bardzo trafnie zdiagnozował istotę problemu.
Od czasu do czasu jakiś młody człowiek odkrywa w sobie ambicje na zrobienie kariery wielkiego humanisty.
„[…]
Tam ja, Polak i były obywatel Europy
Pieśń rozwinę i formie nową nadam tam treść.
Bataliony poetów będą lizać mi stopy,
Ja im mannę gwiazd sypnę, żeby mieli co jeść!
[…]”
Jacek Kaczmarski, Epitafium dla Brunona Jasieńskiego, 27.3.1982
Ale plany, jak to plany, mają to do siebie, że zgodnie z prawem Murphy’ego, jeżeli tylko mogą, to nie wychodzą.
„[…]
kiedy jest się Misiem o Bardzo Małym Rozumku i Myśli się o Rozmaitych Rzeczach, to okazuje się czasami, że rzeczy, które zdawały się bardzo proste, gdy miało się je w głowie, stają się całkiem inne, gdy wychodzą z głowy na świat i inni na nie patrzą
[…]”
Alan Alexander Milne, Kubuś Puchatek, 1926
Różni kandydaci na wielkich humanistów reagują na to różnie. Jedni przyjmują to do wiadomości i znajdują sobie inne zainteresowania. Inni dla swoich ambicji znajdują inne pola realizacji. Np. noszą teczkę za znanym politykiem. Ale też są i odporni na fakty. Tacy staczają się, popadają w nałogi (alkoholizm, narkomania). Jeżeli nic się nie przydarzy, to się wykańczają. Ale od czasu do czasu na drodze życiowej kandydata na wielkiego humanistę pojawiają się dobrzy wujkowie ze specsłużb. Wyłowią z rynsztoka, odczyszczą i dadzą posadę. Nie jest to szczyt marzeń kandydata na wielkiego humanistę, ale na bezrybiu i rak ryba. Sława iluzoryczna, bo anonimowa, honorarium marne. Ledwie starcza na alkohol i narkotyki. Ale za to praca zgodna z humanistycznym talentem. Kandydat na wielkiego humanistę
rozbija dyskusje polskich patriotów na forach internetowych. Przechodzi krótkie przeszkolenie. Uczą go jak w rozbijackich komentarzach realizować bieżące wytyczne oficera prowadzącego. Szkolenie może być krótkie, bo kandydata na wielkiego humanistę nie trzeba motywować. On już jest zmotywowany.
„[…]co więcej: odnalazł swoje życiowe powołanie. A tym jego powołaniem było właśnie walczyć z tą Polską, która nigdy niczego dobrego mu nie dała, bo nawet pisarskie laury uznała dopiero, gdy przywiózł je z Zachodu, i jeszcze musiał je potwierdzić psią wiernością wobec każdej kolejnej przewodniej siły narodu. Z tą Polską, ciemną, czarnosecinną, szowinistyczną, tępą, antysemicką, zapyziałą, dewocką, kołtuńską, zaściankową, archaiczną, fanatyczną, zacofaną, obskurancką, zapijaczoną, obłudną, kułacką, klerykalną, głupią, ksenofobiczną, złodziejską, och, mógłby tak godzinami; im był starszy, tym bardziej porywało go to uniesienie, starczyło, że pomyślał o tych szabelkach, o tej nieudaczności, bohaterszczyźnie, o tych malowankach-wycinankach, kolorowych pasiakach i brudzie, o tym ciemnogrodzie, i aż się unosił, aż się zaperzał z zapału, żeby tak ten ciemnogród raz jeszcze wziąć pod fleki i dokopać, zadeptać, zniszczyć, urwać łeb i wdeptać w glebę i jeszcze obszczać na odchodne, a gdy już to zrobił, to czuł się naprawdę jak prawdziwy wielki wojownik, jak godny następca Norwidów i Gombrowiczów[…]
jedna cholera wiedziała dlaczego.
Cholera, gdyby można ją o to zapytać, wyjaśniłaby tę sprawę bardzo prosto: spróbujcie przez czterdzieści lat patrzeć, jak inni zabierają wam sprzed nosa wszystko, ale to wszystko, zagraniczne wyjazdy, panienki, nagrody, wspólne fotografie z sartrami, a potem dorwijcie się do tego, gdy już czysto biologiczne względy nie pozwalają się nacieszyć sukcesem tak jak niegdyś — a nie będziecie zadawali głupich pytań.
[…]”
Rafał A. Ziemkiewicz, Pieprzony los kataryniarza, supernowa, Warszawa 1995
Między Szczepanem Mirkiem, Literatem, a trollem są różnice. Szczepan Mirek, Literat, był zatrudniony na etacie tzw. autorytetu m’oralnego (i analnego). Ale są też i podobieństwa. Obaj pochodzą z tego samego sklepu, Szczepan Mirek, Literat, z półki średnio wysokiej, a troll z trochę niższej.
Aby móc określić, jak powinna wyglądać dobra dyskusja, uprzednio trzeba odrzucić przypadki patologiczne.
Jednym z patologicznych motywów dyskutowania może być doskwierająca samotność. Wszystkie dyskusje podejmowane z tego motywu można zobrazować jednym wzorcem — Fajnie jest tak sobie podyskutować! — No… — .
Inne motywy podjęcia dyskusji patologicznej mogą mieć przyczynę somatyczną.
„[…]boję się puścić bąka w obawie że się w wyniku sabotażu któregoś ze zwieraczy
zesram.”
Po odrzuceniu przypadków patologicznych możemy przejść do opisania dyskusji pożądanej. Dyskutujemy z pobudek patriotycznych. Chcemy dobra Polski. Skutkiem naszych dyskusji powinny być pożyteczne wnioski, których wdrożenie Polsce przysporzy korzyści. Tematy powinny być dobierane trafnie. Myśli w notkach i komentarzach powinny być formułowane jasno, otwarcie, przejrzyście, zrozumiale, komunikatywnie. Argumenty powinny być dobierane adekwatne. Analizy powinny być przeprowadzane rzetelnie. Nie powinniśmy unikać analiz porównawczych. Wnioskowanie powinno być zgodne z prawami logiki formalnej. Dyskusje powinny ściśle dotyczyć problemu. Być wolne od emocji (sine ira et studio). A już zwłaszcza bez odwołań osobistych.
Aby powyższe osiągnąć, nie można zwracać nawet najmniejszej uwagi na agentów wpływu. Cele specsłużb są przeciwne do wymienionych powyżej. Powinniśmy dyskutować tak, jakby na forum żadnych agentów wpływu nie było. Za wyjątkiem prowadzącego blog, na którym spoczywa ciężki i niewdzięczny obowiązek sprzątania śmieci.
Cóż jednak ma począć dyskutant, który w sobie nie potrafi stłumić emocjonalnego stosunku do trolli? Przede wszystkim powinien sobie uświadomić, że zauważając komentarz trolla robi to, co specsłużby od niego oczekują. Liczy się sam fakt odpowiedzenia, bądź też jakiegokolwiek odniesienia się do komentarza trolla w komentarzu skierowanym do dyskutanta trzeciego. Treść reakcji nie ma najmniejszego znaczenia. Nawet najcięższe obelgi na trollu nie robią najmniejszego negatywnego wrażenia. Przeciwnie. On z tego żyje. Otrzymywanie obelg ma zapisane w umowie ze specsłużbami. Jest za nie gratyfikowany. On obelgi lubi i je pożąda. Postawę trolla żądnego obelg proroczo przestawił Lem.
„[…]Jeśli echoń pyskatek (Echolalium Impudicum Schwamps) rozmnożył się na Aedonoksji ponad wszelką miarę, to i za to winę ponoszą ludzie. Echoń czerpie bowiem energię życiową z dźwięków — dawniej służyły mu do tego grzmoty, dlatego i teraz jeszcze chętnie przysłuchuje się odgłosom burzy, ale obecnie przestawił się na turystów, z których każdy poczytuje sobie za obowiązek uraczyć go wiązanką najplugawszych przekleństw. Bawi ich, powiadają, widok owego stworzenia, które na oczach, wręcz rozkwita pod stekiem wyzwisk. Istotnie rośnie, ale dzięki przyswajanej energii wibracji dźwiękowych, a nie obmierzłej treści słów, jakie wywrzaskują podnieceni turyści.
[…]”
Stanisław Lem, Ratujmy kosmos (List otwarty Ijona Tichego), 1964, (postać elektroniczna — http://pkaducki.w.interia.pl/r_sl_rat.htm)
Jeżeli ktoś swoich negatywnych uczuć do trolla nie potrafi, nie może, bądź zwalczyć w sobie nie chce, to nic złego. Byleby tylko nie unikał logicznego myślenia. Jeżeli agentowi wpływu chce dopiec naprawdę, to tym bardziej powinien go nie zauważać. Jeżeli na komentarze rozbijające dyskusje nie będzie odpowiadał on sam i do takiej postawy przekona innych dyskutantów, troll nie wyrobi normy i oficer prowadzący mu nie zapłaci. A czymże jest domniemany dyskomfort psychiczny po przeczytaniu komentarza z bluzgami wobec realnych mąk niezaspokojonego głodu narkotycznego? Kto nie lubi trolli, powinien postępować, jak w dowcipie, masochista do sadysty — bij mnie!— Sadysta — Nieee!!!!
Niektórzy dyskutanci mogą trollowi odpowiedzieć z litości. Niech na swoją codzienną działkę zarobi i głodu narkotycznego nie cierpi. Ale każdy, kto na komentarz agenta wpływu odpowiada, powinien być świadomy, że wspiera handlarzy narkotyków i państwowy monopol spirytusowy.
Co jednak zrobić z tymi dyskutantami, którzy agentów wpływu nie ignorują i wdają się z nimi w dyskusje? Chyba trzeba ignorować też i ich. Skąd bowiem mamy wiedzieć, że z trollem dyskutuje dyskutant normalny, a nie drugi troll? Jak powiedział Adam Michnik, granica między głupotą i policją jest cienka i trudno zauważalna.
Oprócz agentury wpływu profesjonalnej jest też amatorska.
Niewykluczone, że agentura amatorska istnieje w celu maskowania agentury profesjonalnej.


, trzecia część Kilera






































30, 05.02.05, PLUS MINUS, REPORTAŻ






początkująca amelka